Opublikowano 2 komentarze

Cukinia

Tkać można dużo, ale czasem trzeba coś zjeść. Czasem coś tak dobrego, że warto opublikować 😉
Warzywa można kupować przez cały rok, ale teraz są najwspanialsze. Pomidory pachną tak, że… nie umiem opisać. Cukinia jest świeża i wręcz chrupiąca. Do tego przepiękne pieczarki i młoda cebula.


Oto cukinia nadziewana. Jednogarnkowa. Z cukinii robi się pierścienie, wypełnia mięsem mielonym (+ jajko i przyprawy i trochę bułki tartej) i podsmaża. Gdy jedna strona się zrumieni można odwrócić te… tegesy. Wtedy warto dodać posiekaną cebulę, po chwili pieczarki, następnie pozostałości wybebeszonej cukinii… oczywiście bez pestek. Mocno przyprawić np. bazylią, tymiankiem, rozmarynem… czyli właściwie ziołami prowansalskimi. I jeszcze trochę bazylii. Chili można sypnąć. Pieprz. No i te takie kolorowe lub żółte niezdrowe ziarenka. W efekcie swobodnej układanki w naczyniu mamy smażące się duże kawałki cukinii z mięsem otoczone drobniejszymi elementami warzywnymi.
Gdy cukinia się zeszkli dodać pomidory. Pomidory na koniec i na krótko, żeby się nie roglajdały. Tegesy trzeba przykryć serem żółtym i posypać papryką.
Zresztą jakby się nie zrobiło i tak wychodzi wspaniałe danie.

Opublikowano Dodaj komentarz

Niedzielny obiad

Ależ my teraz jesteśmy trendi 😉 Normalnie światowi ludzie i nie byle kto… 😛

Eh, żeby nie było zbyt nudno od tych moich krajek, wrzucam posta na inny temat. Dzisiejszy niedzielny obiad wyglądał tak:


Specjalnie pokazuję to ukośne zdjęcie, żeby nie było widać jak krzywo nam wyszło 😉 Ale to nasze pierwsze sushi… oj będziemy jeszcze robić w przyszłości nie raz. Jeszcze kilka zdjęć umieszczam na mojej picasie.

Mam kilka refleksji na temat takiego jedzenia.

Po pierwsze przekonałam się, że to nie tylko jedzenie – to cała ceremonia przygotowania i spożywania, która dzieje się trochę jakby samoistnie. Nigdy nie fascynowała mnie kultura japońska i nie zamierzam się do niej wpychać. Ale… doświadczenie z sushi samo z siebie wciska się w świadomość w miły sposób.

To nie jest takie zwykłe zapełnienie żołądka. Aczkolwiek sycące, mimo że zjedliśmy mało. Takie najedzenie się na kilka godzin bez uczucia zbytniego obciążenia.

Nie lubię ryżu, octu i sosu sojowego. Ale jak się okazuje połączenie nielubianych produktów może się zamienić w miłe wrażenie dla podniebienia.

I ciągle mam w głowie skojarzenie z pierogami… gdyby tak pałeczki? 😉

Opublikowano Jeden komentarz

Drożdżowe z kombiwaru


Powoli przełamuję moje anty-umiejętności pieczenia ciast. Do drożdżowego zabrałam się metodycznie. Zaczęłam od zebrania informacji. Okazuje się, że sposobów pieczenia ciasta drożdżowego jest bardzo wiele. Wywnioskowałam, że mogę sobie pozwolić na nonszalancję. Wyciągnęłam więc te rady, których nie znałam, uśredniłam proporcje składników i skalibrowałam ilości, żeby mi się placek do kombiwara zmieścił.

Pół szklanki mleka podgrzałam i dodałam ok. 40 g drożdży oraz trochę glukozy.
Ćwiartkę masła rozpuściłam, dodałam pół szklanki cukru i łyżeczkę cukru waniliowego. Po ostygnięciu dodałam żółtko i ucierałam. Po chwili dodałam całe jajko i ucierałam jeszcze trochę. Wlałam zaczyn i szczyptę soli. Zabuzowało. Dodałam ok. 3 szklanki mąki i wyrobiłam ręką. Trochę to dużo mąki, ale bez niej ciasto było zbyt luźne. Wyrabiałam prawie godzinę, ale święte słowa znajomej, która powiedziała, że każde ciasto prędzej czy później zacznie odchodzić od ręki, dodały mi otuchy.
Odstawiłam ciasto do wyrośnięcia i poszłam sobie gotować obiad.
Po obiedzie (czyli długo) przeformowałam ciasto i stwierdziłam, ze jest go i tak za dużo. Z 1/3 zrobiłam prowizoryczne rogaliki i wrzuciłam je jako kamikaze na pierwszą turę pieczenia. Z okrzykiem „tora tora tora” eksplodowały dżemem z wiśni i powidłami z aronii. Popękały i miały kolor głębokozłoty, ale wyszły dobrze.

Z reszty ciasta uformowałam placek i posmarowałam białkiem.
Zrobiłam kruszonkę „na oko”, czyli za dużo, więc wyszła mi cudowna słodka skorupa.

Drożdżowe piekłam 20 minut w kombiwarze na górnym ruszcie, z wodą w misie, w temperaturze 225°C. Ale to za dużo, więc po kilku minutach zmiejszyłam temperaturę do 200°C, a pod koniec do 175°C. Możliwe, że najlepiej byłoby piec w 200°C.

Opublikowano 5 komentarzy

Pierwsza pizza sierakowska

Wczoraj zrobiliśmy sobie pizze… w kombiwarze. Owszem, wyszła gorzej niż w piekarniku, ale i tak była lepsza niż z pizzerii 🙂 Jeszcze ją dopracujemy – na razie uczymy się obsługi nowego urządzenia. Kilka prostych potraw wyszło nieźle: parówki zapiekane z serem, grzanki… a dzisiaj wspaniale wyszły pieczone ziemniaki. Dowodem na to, że były pyszne może być brak zdjęcia – nie zdążyłam zrobić 😉


Uzupełnienie:

Niestety kombiwar piecze pizzę w inny sposób niż piekarnik, bo podgrzewa ją bardziej od góry. Aby wyrównać szanse ciasta i składników podjęliśmy kilka prób pieczenia. Okazuje się, że najlepiej piecze się w foremce do frytek (z dziurkami), na wysokim ruszcie przez 30 minut w temperaturze 190°C.

Opublikowano Dodaj komentarz

Ale frajda – mufinki

Szczerze mówiąc bardzo mnie dziwił spazmatyczny zachwyt mufinką. Im więcej słyszałam i czytałam o mufince, tym bardziej się zrażałam. Nazwa głupawa, pochodzenie nieciekawe… 😉 Jednak nie da się mufinki ominąć – dorwie każdego.
I dobrze. Zabawa fantastyczna.

spontaniczna zachcianka + borówka amerykańska =

moje skromne stadko mufinek (było 10, ale nie zdążyłam wyjąć aparatu)

szybko znikają
a właśnie – miałam dodać bitej śmietany… nie zdążyłam 😀
Na szczęście mam jeszcze placek mufinkowy w foremce do tarty… 🙂